Zacznijmy od jaskiniowca. Uczniowie twierdzą, że znałem go osobiście, ale to oszczerstwo. Poznałem co najwyżej jego potomków, na wywiadówkach. Jaskiniowiec wynalazł rzecz, która towarzyszy nam do dziś: uzasadnienie. Pierwsze brzmiało „bo to moja jaskinia” i trzeba przyznać, że jak na epokę kamienia łupanego było to rozumowanie niezwykle kompletne. Efekt? Przełożenie energii kinetycznej na ewoluującą dopiero twarz pobratymca.
Potem poszło już gładko. Człowiek, jak każdy dobry nauczyciel, nie lubi stać w miejscu, więc z uzasadnieniami rozwijał się systematycznie. Raz to był honor, raz religia, raz sprawiedliwość, a raz po prostu niedziela i brak innych planów (nie zawsze istniała Familiada na Dwójce). Starożytni Rzymianie doszli do wniosku, że skoro i tak ktoś musi się bić, to można sprzedać bilety. Tak narodził się gladiator, pierwszy w historii freelancer z kontraktem na wyłączność i kiepskim ubezpieczeniem zdrowotnym. Publiczność wiedziała, czego chce, i domagała się tego wspólnym, rytmicznym rykiem. Dziś nazywa się to „sekcją komentarzy”. Wtedy też wyodrębniono osobną nację, śpiewającą zawsze po nieudanej walce, że „nic się nie stało”.
Średniowiecze podniosło poprzeczkę. Dwóch mężczyzn w puszkach po piwie z ambicjami iście prezydenckimi uderza się nawzajem po głowach, a trybuny wiwatują, heroldowie komentują, damy rzucają chusteczki. Wszystko w imię honoru. Pierwszy streaming w historii, do tego bez konieczności płacenia za abonament, za to z ryzykiem zwolnienia dziąseł z obowiązku dźwigania zębów.
A potem, w roku pańskim 1940, na scenę wszedł Królik Bugs i przemoc dostała nową, genialną wersję. Przemoc bez konsekwencji! Kowadło spada na głowę, bohater robi się płaski jak naleśnik, przez moment dyndają mu nad głową ptaszki gwiazdki (niech to będą gwiazdki), a po chwili wraca do normalnego kształtu i gryzie marchewkę. Wszyscy się śmiejemy, bo mamy z twórcami niepisaną umowę: nikt naprawdę nie cierpi.
W latach dziewięćdziesiątych przemoc dorosła, wyrosła, zrobiła się mięśniaczką i zaczęła mówić z austriackim akcentem. „Hasta la vista, baby” brzmiało wtedy jak najwyższa forma poezji. Kiedy Sylvester Stallone jako Rambo mówił „Murdock, idę po ciebie”, współczułem Murdockowi. Do tego przyszły gry. Dwóch kolegów przy jednym komputerze, trzeci przy ścianie czekał na swoją kolej i wszyscy czekaliśmy na ten jeden moment, kiedy ekran milkł, a lektor ogłaszał: FINISH HIM! Nasze pokolenie nie miało kręgosłupa moralnego (wyrywało się go następująco: góra,dół,bok, high punch), miało dżojstik.
Dorośli, jak to dorośli, szybko znaleźli winnego. Winnego zawsze znajduje się szybciej niż przyczynę. Za wszystko, co złe w młodzieży, odpowiadały gry komputerowe, MTV i Marilyn Manson, który w mediach odpowiadał mniej więcej za wszystko od impotencji po nieurodzaj ziemniaków (wersja dla Wielkopolan: łynty na pyrach). Mój mózg gnił przed telewizorem przez cały rok 1997, o czym wiem z wiarygodnych źródeł, bo mówiła mi o tym pani polonistka, a ona nigdy się nie myliła, nawet wtedy, kiedy mówiła o rzeczach, o których moim zdaniem nie miała pojęcia.
Śmiejemy się z tego do dziś. Ja też, przyznaję, całkiem sympatycznie.
Środa, 7 października 2026 roku.
„19-latek w Polsce zranił dziewięć osób w ataku na szkołę” — AP.
Czwartek, 8 października 2026 roku.
„Jedna osoba nie żyje, dwie ranne w drugim ataku na polską szkołę w ciągu dwóch dni” — Reuters.
O kurwa.

Skomentuj