Byłem poza światem przez sześć lat. Sześć długich lat, w których wyjście z łóżka miało ciężar wspinaczki na K2, a próba odezwania się do drugiego człowieka przypominała naukę mówienia na nowo. Nie miałem pojęcia, jaka jest pogoda za oknem w moim własnym kraju. Nie miałem siły uchylić rolety.
Ale w tym samym czasie, na małym, jasnym ekranie telefonu, ukraińska przyjaciółka zabierała mnie na spacer po jesiennym Toronto. Szła przez kanadyjski park, piła kawę, pokazywała mi złote liście i po prostu ze mną była. Bez pytań, bez oceniania, bez zbędnych słów. Wkrótce poznałem jej przyjaciół. Ludzie, których nasz system i nasi domorośli „politycy” próbują dziś zaszczuć, zmonetyzować i wypchnąć na margines, podali mi dłoń (i oczywiście kubek barszczu). Podczas gdy moi rodacy oferowali mi co najwyżej chłodne milczenie albo jad w komentarzach pod moimi asekuracyjnymi próbami powrotu do sieci, to oni nauczyli mnie mówić na nowo.
Dziś wychodzę z domu i patrzę na Polskę, która na moich oczach powoli, ale nieubłaganie brunatnieje. Widzę domorosłych „polityków”, którzy dolewają denaturatu do ognia, bo na benzynę ich nie stać – Ukraińcy roznieśli w pył rafineryjne zapasy ich rosyjskich mocodawców. I słyszę te same, powtarzane jak mantra hasła: „Bóg, Honor, Ojczyzna”.
Ojczyznę zostawię na koniec.Najpierw Bóg.
Gdzie wy tu widzicie Boga? Czy w tym Bogu, który kazał miłować bliźniego, jest jeszcze miejsce — kiedy napotkanemu człowiekowi uciekającemu przed wojną rzucacie w twarz tylko: „Won, wypierdalaj na front”?
A Honor? Widziałem go niedawno na własne oczy. Dojrzały facet w zatłoczonym autobusie. Przed nim — nastoletnia ukraińska dziewczynka. Krzyczał. Ona mogła tylko patrzeć. To był polski honor.
I Ojczyzna. Ojczyzna skończyła się na klatce schodowej, gdzie ktoś nabazgrał „Ukraińcy won”. Skończyła się na husarskim nadruku na poliestrowej koszulce, uszytej w Chinach, przez ręce człowieka, którego byście też przegonili, bo mówi po polsku ze złym akcentem. Kraj, który z powodu niemieckiego nacjonalizmu i faszyzmu wycierpiał tak potwornie — dziś karmi się tym samym jadem. Serio?
Nie jestem silny. Wygrzebanie się z mroku depresji zabrało mi kawał życia i zostawiło blizny, z którymi będę chodził do końca. Znam cenę ciemności. I wiem, kto podał mi rękę, gdy byłem w jej środku. Nie usłyszałem wtedy „cześć”, lecz „pryvit”.
Dziś moją ukochaną jest Ukrainka.
Nie muszę tego tłumaczyć.
Dlatego nie wracam po tylu latach nieobecności po to, żeby przypodobać się tłumowi. Nie wracam, żeby pisać miłe, wygładzone felietony pod lajki. Wracam, żeby powiedzieć Wam prosto w oczy: ogarnijcie się. Jeśli ten kraj postanowił oszaleć i zatruć się własną nienawiścią, to ja będę bronił swojego małego bastionu ludzkości do ostatniego parsknięcia ironicznym śmiechem.
Możecie pisać swoje komentarze. Możecie krzyczeć o husarii. Ja już wybrałem. Człowieka.
Tekst dedykuję przyjaciołom: Valentynie, Alli z Polski, Alli z USA, Dianie, Julii, Katii, Vicky, Anutce,Tolikowi oraz szczególnie Ivannie.

Dodaj komentarz