Dziadek przeżył wojnę, ojciec PRL, a ja brak internetu

Podobno jestem przedstawicielem któregoś pokolenia oznaczonego literą. X, Y, może ZX Spectrum. Nigdy nie pamiętam tych socjologicznych szufladek i infografik z internetu. Wiem tylko, że należę do generacji, która trzymała w dłoni ołówek nie po to, by nim pisać, ale by nim przewijać taśmę w kasecie magnetofonowej. Dziś tłumaczę siedemnastolatkowi, jak napisać prompt dla AI, by zadanie domowe wyglądało na zrealizowane po ludzku — i nikt w tej sali nie uważa tego za cud.

Ostatnio ten mój analogowo-cyfrowy świat zawirował na nowo. Prowadziłem transmisję na żywo w internecie i pośród nicków z cyfr i avatarów (pozdrawiam ŚliskąMuszelkę i PtakaNieboraka) mignął mi znajomy podpis. Mój dawny uczeń. Mój belferski mózg natychmiast próbował wcisnąć go z powrotem do drugiej ławki pod oknem, przez które wyrzucał całe swoje zainteresowanie „Potopem” zarówno biblijnym, jak i sienkiewiczowskim. Tymczasem na profilu zobaczyłem faceta z brodą, w garniturze i z dwójką dzieci. Ma dwadzieścia siedem lat. Co uważam za czystą bezczelność.

To małe, wirtualne tchnienie czasu uświadomiło mi jedno: pokolenie to nie literka z alfabetu. Pokolenie to zestaw rzeczy, których człowiek nauczył się bać, pragnąć i uważać za normalne. Gdyby posadzić nas wszystkich przy jednym stole, nie zobaczylibyśmy definicji z Wikipedii, ale cztery zupełnie inne opowieści napisane przez cztery fundamentalne czasowniki.

Dziadkowie: Przetrwać. Moja babcia miała nieuleczalny nawyk kompulsywnego gromadzenia jedzenia i karmienia każdego, kto przekroczył próg jej domu. Robiła zaprawy w ilościach niepojętych dla Kotlina czy Dawtony. Niosła w sobie traumę robotnicy przymusowej, która w czasie wojny poznała smak trocin, a uciekając przed Armią Czerwoną, przeżyła dzięki zjedzeniu schwytanego wróbla. Głód był realną otchłanią. Ale babcia miała też inny rytuał — jej pościel musiała być zawsze śnieżnobiała, wykończona koronką i wykrochmalona na sztywno jak płyta kartonowo-gipsowa. Dlaczego? Bo dokładnie w takiej pościeli spali bogaci Niemcy, u których pracowała, zanim wysłano ją do kopania okopów. Sztywny krochmal był jej cichym zwycięstwem nad poniewierką. Przetrwanie wymagało odporności, ale ceną była emocjonalna twardość, której ślady nosimy do dziś.

Rodzice: Zdobyć. Dla moich rodziców świat był wielkim polowaniem na rzeczy nieosiągalne. Bezpieczeństwo już było, ale brakowało wszystkiego innego. Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy opowiadali o dniu, w którym cała ich miesięczna wypłata poszła na jeden cel: wydanie zbiorcze dzieł Gombrowicza, „załatwionych” spod lady w jedynej księgarni w mieście. Te książki stoją dziś na mojej półce jako pomnik czasu, w którym wartość rzeczy wynikała z trudu ich zdobycia. Pralka, meblościanka, maluch, Gombrowicz. Rodzice dali nam zaradność i umiejętność kombinowania, ale w spadku zostawili też cały arsenał wiecznego „jakoś to będzie” i ostrzegawczego „nie wychylaj się”.

Moje pokolenie: Dogonić. My musieliśmy dogonić Zachód. Pamiętam noc, w której po raz pierwszy usłyszałem ten pisk modemu — dźwięk przypominający agonię faksu — i czekałem jedenaście minut, aż załaduje się jedno zdjęcie. Rano dostałem od ojca reprymendę za rachunek telefoniczny, ale ja już wiedziałem, że po drugiej stronie tego pisku jest cały świat i że muszę go dogonić, zanim ktoś go zamknie. Potem wpadliśmy w turbulencje ery cyfrowej i liczyliśmy do 160 znaki w wiadomościach SMS. Dostaliśmy niesamowitą szansę przebudowywania świata, ale zapłaciliśmy za nią szaleńczą gonitwą i cichym, niebezpiecznym przekonaniem, że wartość człowieka mierzy się wyłącznie jego pracą i wydajnością. W efekcie wszystko jest dla nas wyzwaniem. Nawet odpoczynek, który traktujemy jak projekt do zoptymalizowania.

Nasi uczniowie: Wybrać. I wreszcie oni. Młodzi, na których patrzę zaspany zza nauczycielskiego biurka. Nasi uczniowie stoją przed wystawą z tysiącem otwartych drzwi. Nam często brakowało jakichkolwiek drzwi; im czasami brakuje powodu, by przez któreś w ogóle przejść. Mają nieskończenie wiele możliwości i paniczny lęk, czy wybiorą odpowiednią drogę. Dziś potrafią mówić o emocjach, granicach i własnym zdrowiu psychicznym z dojrzałością, o której wcześniejsze generacje nawet nie słyszały. Ale bywają też bezradni wobec świata, który nie reaguje natychmiast, tak jak ekran ich telefonu.

Jako Stary Belfer łatwo mógłbym wpaść w najtańszy ton i napisać kolejny z miliarda felietonów pod tytułem „dzisiejsza młodzież…”. Ale to byłby błąd.

Każde pokolenie uważa następne za słabsze, ponieważ ocenia je egzaminem, do którego samo było przygotowywane.

Dziadek mógłby zapytać wnuka: „Jak ty byś przeżył wojnę i głód?”. Ojciec: „Jak byś sobie poradził, gdyby w sklepach był tylko ocet?”. Ja mógłbym zapytać ucznia: „Co byś zrobił bez internetu i Map Google?”.

A ten siedemnastolatek patrzy na nas i mógłby po prostu odpowiedzieć: „A pan jak by sobie poradził, gdyby w wieku piętnastu lat codziennie oceniało pana kilkaset osób w sieci, a każdy pana błąd zostawał w internecie na zawsze?”.

I nagle w klasie robi się cicho.

Może ich odporność wcale nie jest mniejsza. Ich wojny są po prostu inne — ciche, niewidoczne, rozgrywające się na pięciocalowych ekranach.

A mój 27-letni uczeń z TikToka? Za chwilę jego własne dziecko podrośnie, a on sam zacznie kręcić głową i narzekać na „dzisiejszą młodzież”. I wtedy ja będę mógł z czystym sumieniem odejść na emeryturę.

Będę wiedział, że sobie poradzą.

Dodaj komentarz