Pinky, Mózg, Mefistofeles i inni dobrzy ludzie

Jest środek nocy. Nie śpię. Sufit patrzy na mnie z tą samą cierpliwością, z jaką ja patrzę na klasówki, które powinienem był sprawdzić już wczoraj. Noc to czas dla czarnych charakterów. Wampirów, demonów i – co dziwi najbardziej – dwóch laboratoryjnych myszy, które co wieczór próbowały podbić świat.

Pinky i Mózg.

„Jestem Mózg – powtarzam sobie w duchu, doskonale wiedząc, że jestem raczej Pinkym, który zapomniał, gdzie odłożył własną rękę.”

I tu pojawia się pytanie, które nie dawało mi spokoju już jako dziecku, siedzącemu zbyt blisko telewizora: dlaczego my, widzowie, kibicowaliśmy Mózgowi? Przecież to podręcznikowy megaloman. Facet – no, mysz – który każdego dnia snuje plan zniewolenia ludzkości, a wieczorem, gdy plan spektakularnie się sypie, beznamiętnie mówi „spróbujemy jutro” i idzie spać jak po nieudanym skręcaniu mebli z IKEI. A my? Kibicowaliśmy mu. Chcieliśmy, żeby mu się udało.

I wtedy, gdzieś między jedną a drugą nieprzespaną godziną, otwierają się drzwi.

Za Mózgiem stoi Vader. Za Vaderem – Joker. Za Jokerem – Woland, który przyjeżdża do Moskwy tylko po to, żeby pokazać, że to nie diabeł jest najstraszniejszy w tym mieście. A na końcu, oparty niedbale o framugę, Mefistofeles, mrugający do mnie ze stron „Fausta”: jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni.

Z każdymi kolejnymi drzwiami robi się ciemniej. Ale, o dziwo, coraz mniej oczywiste staje się, kto tu właściwie jest potworem.

Przy Vaderze zatrzymuję się tylko na chwilę – bo o nim już kiedyś pisałem, a nie chcę odgrzewać własnego kotleta o trzeciej w nocy. Wystarczy przypomnieć jedno: to postać, w której do ostatniej chwili zostaje coś, czego jednowymiarowym potworom z bajek dla dzieci nigdy nie dano – możliwość wyboru.

Przy Jokerze zatrzymuję się dłużej. Bo jego szaleństwo jest wielowymiarowe jak dobrze skrojony garnitur – tyle że podszyty rozpaczą.

Joker nie chce władzy. Nie buduje Gwiazdy Śmierci, nie zasiada na tronie, nie ma nawet w miarę spójnego planu poza „chcę zobaczyć, jak wszystko płonie”. I właśnie to czyni go bardziej niepokojącym niż jakiegokolwiek Sitha. Bo jego anarchia nie jest głodem władzy – jest nienawiścią do samego pomysłu, że świat ma jakiś ustalony porządek. Że są zasady. Że jest sens. Że jutro rano ludzie wstaną i będą udawać, że wszystko ma znaczenie, choć w gruncie rzeczy – jak twierdzi – jesteśmy o jeden zły dzień od tego samego szaleństwa co on.

I tu jest ten moment, który przyprawia mnie o dreszcze bardziej niż cokolwiek innego w tej całej galerii łotrów: Joker to nie jest zło, które chce zniszczyć dobro. Joker to zło, które chce pokazać dobru jego własne odbicie w krzywym zwierciadle – i patrzeć, jak dobro nie może znieść tego widoku.

Bo pod tą warstwą makijażu, pod tym śmiechem, który brzmi jak coś, co powinno bardziej boleć niż bawić, słychać jeden długi krzyk rozpaczy: zobaczcie, skurwysyny, coście mi zrobili. Nikt nie rodzi się z twarzą klauna. Makijaż Jokera, maska Vadera skądś się wzięły.

I może dlatego nie potrafię ich po prostu znienawidzić, choć wiem, że powinienem. Bo w szaleństwie Jokera jest oskarżenie, którego nie da się łatwo zbyć: że porządek, którego tak chętnie bronimy, sam potrafi produkować potwory – a potem udaje zdziwienie, że w ogóle powstały.

A potem jest Woland. I z nim mam jeszcze większy problem.

Bo diabeł Bułhakowa przyjeżdża do Moskwy i szybko odkrywa, że właściwie nie ma tam wiele do roboty. Nie musi nikogo specjalnie deprawować. Wystarczy, że daje ludziom okazję. Chciwość, tchórzostwo, próżność i małość wychodzą z nich same, jakby przez cały czas cierpliwie czekały za kulisami na swoją kwestię.

I nagle diabeł przestaje być źródłem zła. Staje się jego diagnostą.

To chyba najbardziej niepokojący rodzaj czarnego charakteru: taki, przy którym zaczynasz się zastanawiać, czy aby na pewno patrzysz we właściwą stronę sceny.

Mefistofeles mógłby tylko wzruszyć ramionami: jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni.

Mógłbym w tym miejscu zostać wyłącznie krytykiem popkultury i elegancko zamknąć tekst tym cytatem z Goethego. Ale jest pytanie ciekawsze niż „dlaczego lubię te potwory”. Brzmi ono: co ta sympatia mówi o mnie? A wiem, że nie jestem jedyny.

Podejrzewam, że jako dzieci popkultury lat 80’ dostaliśmy świat narysowany zbyt grubą kredką. Dobry robi dobre rzeczy. Zły robi złe rzeczy. Bajka kończy się, napisy lecą, wszyscy wiedzą, kogo kochać, a kogo się bać.

A potem człowiek dorasta i odkrywa rzecz paskudną, choć nie tak paskudną jak polski remont: dobrzy ludzie potrafią zrobić coś, co z zewnątrz wygląda jak podłość, a ci, którzy mają na sumieniu rzeczy straszne, czasem – niespodziewanie – robią coś dobrego. Społeczeństwo, które chwali się swoim porządkiem i przyzwoitością, potrafi wyhodować kogoś, kto pluje na nie z twarzą pomalowaną na biało.

Może dlatego nie potrafię spać po nocach jak normalny czterdziestoparolatek – z termosem kojącej herbatki i aplikacją do medytacji. Zamiast tego leżę i zastanawiam się, ile potworów w moim życiu miało w sobie tę resztkę wyboru albo tamten krzyk rozpaczy, którego nikt nigdy nie zechciał usłyszeć.

Mózg pewnie już śpi. Jutro znowu spróbuje podbić świat.

Ja jutro spróbuję tylko dotrwać do dzwonka.

2 odpowiedzi na “Pinky, Mózg, Mefistofeles i inni dobrzy ludzie”

  1. Nadal masz wpierdol za to tło, Pinky.
    – Twój Mózg.

    Polubienie

    1. 😂😂😂 Rozważałem jeszcze różowe 😉

      Polubienie

Dodaj komentarz