Pizza margharita, magnetowid z NRD i Sithowie na ambonie

Gdy ukończyłem klasę siódmą, a na świadectwie zabrakło mi dokładnie 0,1 w ocenach do uzyskania zaszczytnego czerwonego paska — co, jak mi wyjaśniono, było sukcesem moralnym, choć świadectwo tego nie odzwierciedlało — moi rodzice zrobili coś niesamowitego. Chcieli mi pokazać, że sam proces i praca to też sukces. Zrobili ucztę na moją cześć. Zabrali mnie na pizzę do pierwszej wówczas pizzerii w mieście (a dla mnie: na świecie, wszechświecie i całej Drodze Mlecznej). Nasycony margharitą mogłem iść do księgarni i wybrać sobie dowolną książkę. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy odkryłem, że umiłowane „Gwiezdne Wojny” to nie tylko trylogia filmowa z zajeżdżonych taśm VHS — tak zajeżdżonych, że Han Solo miał już wyraźne poziome paski na twarzy i przypominał bardziej zebry niż przemytnika — ale również całe wielkie, literackie uniwersum. Ta pierwsza książka, pachnąca jeszcze farbą drukarską, kupiona tamtego dnia, była zaczątkiem gigantycznej kolekcji i punktem zwrotnym w moim życiu.

Uniwersalna opowieść o wyborach między Jasną a Ciemną stroną Mocy uczyła mnie podstaw etyki odkąd tata przywiózł z NRD pierwszy w naszym bloku magnetowid. Urządzenie wielkości małej lodówki, które działało z gracją czołgu i brzmiało podobnie. Podświadomie kształtował się mój zmysł polityczny zanim jeszcze poznałem słowo totalitaryzm i demokracja. To była moja pierwsza, autentyczna styczność z mistycyzmem. Poważnie. Nie lekcje religii i msze święte katolików, na które ciągała mnie ukochana babcia — i na których przykładnie zasypiałem z otwartymi oczami, co jest umiejętnością, którą polecam — ale właśnie „Powrót Jedi”. Godziny czytania kontynuacji, przyklejony do zimowego kaloryfera, chłonąłem wiedzę o tym, że istnieje jakaś żywa, czysta Moc łącząca wszystkie istoty.

I właśnie tam, przy tym zimnym kaloryferze, odebrałem najczystszą lekcję moralności. Moc była tkanką świata, wymagała szacunku, pokory i odpowiedzialności za słabszych. Tymczasem w kościelnej ławce czułem tylko chłód i pustkę. Przynajmniej kaloryfer czasem grzał.

Dziś patrzę na Polskę, w której żyjemy. Nasza galaktyka, Droga Mleczna, Ziemia, Europa, Polska. Wzorzec moralny? Spaczone katolicką hipokryzją nauki Jezusa Chrystusa, ogłoszonego królem tego narodu. Polska polityka i religia zlały się w jeden potworny, nowotworowy twór. Kazania z ambon brzmią dziś jak agresywne wiece wyborcze, a ludzie mieniący się obrońcami krzyża jeżdżą do Berlina stawiać symbole wiary, siejąc nienawiść pod osłoną Chrystusa. Darth Vader przynajmniej był szczery co do swoich intencji.

To tutaj nienawiść zrodzona ze strachu zamienia nas w Sithów. Przecież strach prowadzi do gniewu, gniew do nienawiści, a nienawiść – do cierpienia. Zrobiliśmy dokładnie to, przed czym ostrzegał Yoda. Szlachetne hasła o ochronie tradycji i rodziny zamieniły się w bezsensowne, nienawistne czyny, które udowadniają następnym pokoleniom, jak absurdalnymi karykaturami byliśmy.

Ostrzegam: historia prowadzi nas zawsze do momentu przejścia na złą ścieżkę. Szlachetne motywacje zamieniają się w nieuzasadnione hasła, a te w puste gesty. Szkoda mi mojego dzieciństwa. To były wspaniałe czasy – czas wiary w ideały rycerskie, w prosty kodeks, w to, że dobro po prostu ma sens.

Albert Camus (którego z każdym rokiem życia rozumiem coraz lepiej, co mnie niepokoi, bo oznacza, że świat rzeczywiście jest absurdalny) pisał gorzko: „Żyję pod pustym niebem”. I patrząc na to, co wyprawiają polscy dewoci, łatwo wpaść w ten sam egzystencjalny chłód. Ale pod pustym niebem nikt z góry nie wystawia nam ocen. Na świadectwie z wiary w drugiego człowieka nie trzeba mieć czerwonego paska. Nie musimy zdawać egzaminów przed barierą katolickiej hipokryzji. Czasami wystarczy ta jedna, mała, dziecięca iskierka, która zostaje w nas na zawsze – czysta wiara, że gdzieś w odległej galaktyce istnieje jakaś Moc, a rycerze Jedi wciąż stoją po stronie światła.

Dodaj komentarz