Był rok 2001. Przełom wieków, czas absolutnie analogowej wolności i zupełnie innej perspektywy. Pamiętam to jak dziś: zapakowaliśmy się z przyjaciółmi z liceum do kultowego, błękitno-żółtego pociągu piętrowego PKP relacji Wygnajewo – Poznań. W wagonie unosił się ten specyficzny, niezapomniany zapach rozgrzanego skaju i podróży w nieznane. Metaliczny aromat powietrza i ciamkanej gumy do żucia o smaku dętki rowerowej – to dominowało zmysły przełomu milenium. My – mali, małomiasteczkowi wędrowcy w wielkim Poznaniu. Spacer ulicą Półwiejską miał w sobie coś z pikselowych gier, a celem nadrzędnym była wyprawa do kina na film, który miał na zawsze zmienić oblicze animacji. Na „Shreka”.
Siedząc w kinowym fotelu, przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Oto bajka, która zamiast mdłego disneyowskiego morału, serwowała bezlitosną ironię, dorosły humor i wywracała do góry nogami wszystko, co wiedzieliśmy o „bajkach”. Odkrywaliśmy, że potwór może być zabawny i mieć zasady, a piękny zamek kryje małostkowego tyrana.
Dziś, w 2026 roku, oglądam ten film na nowo. Sprawdzam jak się zestarzał (zrozumiecie ten zabieg w pewnym wieku). I nagle dociera do mnie (wraz z kolejną aferką memową), że to, co dwadzieścia pięć lat temu było genialną satyrą, dziś stało się niemal reportażem z polskiej sceny politycznej. Z tą jedną różnicą, że porównywanie pewnych panów z pałacu do Shreka jest dla tego szlachetnego ogra po prostu głęboką zniewagą.
Imigranci na bagnie
Pamiętacie jedną z pierwszych, kluczowych scen? Na prywatne, błotniste bagnisko Shreka nagle zwalają się tłumy bajkowych uchodźców. Pinokio, trzy świnki, zdezorientowany wilk. Zostali brutalnie wysiedleni ze swoich domów przez karłowatego władcę z krainy DuLoc, bo psuli mu idealną, plastikową wizję królestwa. Shrek – gburowaty, szorstki, ryczący – pomstuje, klnie pod nosem, ale ostatecznie przyjmuje pod swój dach te wszystkie straumatyzowane istoty. Ma dobre serce.
A teraz spójrzmy na nasze podwórko. W bagnie polskiej polityki pojawił się znikąd niepoliczony niby-prezydent, którego przeszłość ma więcej warstw niż filmowa cebula. Problem w tym, że – jak mawiał Osioł – od tej akurat cebuli potwornie śmierdzi i chce się płakać. Pod kolejnymi warstwami nie ma bowiem wrażliwości, lecz wspomnienia o byciu bramkarzem, kibolem, miłośnikiem nacjonalistów i oskarżenia o wykorzystanie starszej osoby dla majątku.
I ten nasz lokalny, zzieleniały z zazdrości sarmata postanowił zagrać kartą, której prawdziwy Shrek nigdy by nie tknął. Szafuje życiem ukraińskich imigrantów, którzy uciekli przed prawdziwym koszmarem wojny prosto pod nasze domy, do naszego polskiego bagna. Człowiek, który mieni się obrońcą tradycji, w przypływie czystej zawiści wobec symbolu walki z największym złem świata, jakim jest prezydent Zełenski, postanawia w ramach „polskiej gościnności” straszyć odbieraniem orderów. Walka ze smokiem to nie ustawka w lesie. Ratowanie księżniczek to nie handel prostytutkami.
Krasnale ogrodowe i ich marionetki
W bajce za całym tym zamieszaniem stał Lord Farquaad. Mikroskopijny tyran o mentalności krasnala ogrodowego, który panicznie bał się ubrudzić własne rączki bagnem. Wolał wysyłać innych na śmierć, rzucając ze swojego podwyższenia kultowe: „Zapewne wielu z was zginie, ale jest to poświęcenie, na które jestem gotów”.
Shrek miał u swojego boku Osła. Zwierzę irytujące, gadatliwe, ale wierne, które kochało ogra za to, kim naprawdę był. Nasz pałacowy sarmata również otoczył się w swojej kancelarii osłami. Tyle że z zupełnie innego powodu. Potrzebował ludzi, którzy będą bezmyślnie potakiwać i klaskać, gdy on sam, z nadętą miną, niszczy resztki szacunku do instytucji, którą reprezentuje.
Puenta z piętrowego wagonu
Kiedy wracam pamięcią do tamtego pociągu piętrowego z 2001 roku, myślę o mojej naiwności. Wierzyliśmy wtedy, że świat idzie do przodu. Że z wiekiem będziemy mądrzejsi, a polityka znormalnieje. Tymczasem dziś siedzimy na progu szaleństwa, patrząc na spektakl, w którym fikcyjne potwory z bajek dla dzieci miały w sobie więcej honoru, empatii i zwykłego, chłopskiego kodeksu moralnego niż ludzie, którzy decydują o losach milionów.
A teraz ta bolesna część. Nie czytajcie jeśli chcecie czuć się dobrze.
Przeczytaliście 619 słów dla mojego żartu. Przeczytaliście jedną z narracji narzucanych przez politykę. Bo u nas wszystko jest polityczne. Od cebuli po ośmiorniczki. Zwykły film animowany sprzed ponad 20 lat? Serio? Kurwa! Ludzie!

Dodaj komentarz