ANIOŁY TEŻ CZASEM TRACĄ NOGI
Było to na długo przed tym jak przyłapałem moich rodziców na wyrywaniu aniołkowi nóżek z tyłka… nie pamiętam dokładnie kiedy to było. Aniołek był oczywiście drewniany. Miał za długie nogi, by zmieścić się w wybranym na ścianie miejscu.
Leszczyna, z której lokalny artysta wyrzeźbił aniołka zapewne już wtedy rosła. Być może mój ojciec nawet ją dojrzał pewnego dnia idąc na ryby i pomyślał czy nie byłaby wdzięcznym tematem do napisania kolejnego wiersza. Dziś znam go na tyle dobrze, że wiem, iż pomysł taki zbyłby ironicznym: „Co tu wyskakiwać z leszczyną, skoro Kochanowski już o lipie pisał – poezję czy ogrodnictwo uprawiamy?!”. Tata to poeta…
POETA, TANIE WINO I CZASY SŁUSZNIE MINIONE
„Ten facet z butelką wina to poeta” – musiała w tamtych czasach pomyśleć mama. Wino było w smaku równie robotnicze, co polityka w rzeczywistości. Cytowane jednakże z pamięci teksty Stachury i znajomość zakazanych przez ambitnych cenzorów książek musiały robić wrażenie… a jeśli nie one, to oświadczyny na pełnym kacu, uwzględniającym wszelkie konsekwencje etyczne i estetyczne – z pewnością. Być może już zaczęli wówczas o mnie myśleć?
No i stała się rzecz nie-do-pomyślenia (i nie mam na myśli swoich narodzin – to w roku 84 nie było czymś wyjątkowym, mimo grudniowego terminu nie było komety, nie było trzech króli z darami). To pięć lat później „Solidarność” z Lechem Wałęsą na czele doprowadziła do zmiany, której wtedy nie rozumiałem. Pamiętam tylko szczęście mojego ojca i matkę skaczącą, jakby wdepnęła w mrowisko… dziś dostrzegam pewną ironię w tym, że te same sceny odgrywały się w mieszkaniach na całej klatce schodowej naszego bloku – pierwszego wybudowanego na osiedlu 40-lecia PRL.
Tata zawsze potrafił gdzieś na swoich kartkach z wierszami znaleźć miejsce na margines dla wolności – nawet w stanie wojennym, organizując wbrew zakazom spotkania poetyckie. Teraz ta swoboda jednak miała wykroczyć poza margines. Dla taty od czasu, gdy na maturze pisał o „Rozmowach z katem” Moczarskiego najważniejsza była bowiem wolność słowa… jego polonistka to doceniła.
REDAKCJA PAPIEROSAMI CUCHNĄCA
Kiedy już słowo ciałem się stało, było to ciało z taniego papieru. Zrodziło się z pierwszych niezależnych pras drukarskich. Dzięki tacie i jego znajomym mała mieścina pod Poznaniem miała własną gazetę. Poeta stał się dziennikarzem. Każdy mógł iść do kiosku przy rynku, na którym wciąż królował pomnik Armii Czerwonej i kupić lokalną gazetę taty. Nie pamiętam swojej przedszkolanki… ale pamiętam wszystkich ludzi, którzy bywali w redakcji mojego ojca. W chmurach papierosowego dymu migał jedyny ekran komputera z edytorem tekstu TAG (nikt nie słyszał jeszcze o pakietach biurowych office). Makiety gazety rysowane flamastrem na zwykłych kartkach A4. Chwila wytchnienia miała dźwięk westchnienia otwieranych piw – numer zamknięty. Wówczas przychodził czas wymyślania horoskopu – ekipa redakcyjna mogła wreszcie bawić się słowami, które nie miały pokrycia z rzeczywistością, a ja mogłem bawić się kapslami. Lokalna polityka, historia regionu, skandale, czasami morderstwa, pasjonaci (np. rzeźbiarz inspirujący się długonogimi aniołami) – wszystko to w kioskach całego powiatu.
Czego mnie to nauczyło? Nie wierzyć horoskopom – może je tworzyć każdy po drugim piwie. Nie zabijać ludzi w terminie innym niż piątek lub sobota – numer gazety ukazuje się w środę, więc dziennikarze i policja potrzebują czasu, by ustalić podstawowe fakty (bywa, że trup musi najpierw wypłynąć z pobliskiego jeziora). Nauczyłem się też, że nie należy palić papierosów… gdy tata zachorował na odmę, a w redakcji zaczął obowiązywać zakaz palenia.
JADZIA, PAPIEROSY I TABLETKI Z KRZYŻYKIEM
Wtedy nie wiedziałem, że wszystko zaczęło się od paczki papierosów i tabletki z krzyżykiem, które leżały na biurku nauczycielki języka polskiego mojego taty – zawsze, codziennie. Wówczas zaczęła się poezja taty, gazeta… i skrupulatne poprawianie moich wypracowań szkolnych. Jadzia Płoszyńska (tata zawsze używa tego zdrobnienia) znała cenę słowa, zaś słowo zapisane traktowała jako bezcenne. Zapewne dlatego mój ojciec do dziś zaskakuje mnie cytowanymi z pamięci fragmentami klasyków literatury… którzy od zawsze łamali ludzkie serca i półki regałów w naszym domu. „Wolałbym dostać w pysk, niż usłyszeć od Jadzi, że ją zawiodłem” – powiedział mi niedawno. Do dziś wspomina najgorszy moment swojej edukacji w ekonomiku. Jadzia odpytała go z poezji Słowackiego. Dar improwizacji i umiejętności krasomówcze zdały się na nic, gdy stanął przed Jadzią, jej papierosami i tabletką z krzyżykiem. Nie ocena go zabolała. „Widzę, Darku, że zrobiłam ci krzywdę. Zbytnio zaufałam twoim wypracowaniom i ci odpuściłam…” – to zabolało tatę, a krzyż z tej tabletki nosi do dziś niczym nasz Pan zbawiciel na obrazach. Następne przerwy spędzał w szkolnej czytelni, zgłębiając poezję Słowackiego. Kiedy na koniec dnia podchodził do niej na przerwie był świadkiem tego jak Jadzia z portfelem w ręce odprawia własnego syna: „Piątaka?! To trzy ci nie wystarczą? Masz tu dwójkę i znikaj.” Stając wobec tej wyroczni zakomunikował posłusznie niczym szeregowy, że nadrobił braki wiedzy o Słowackim. Musiał mu wystarczyć jej uśmiech… trochę serdeczniejszy od tego, którym obdarzyła przed chwilą syna.
„JESTEM DUMNA”
Nie sądzę, by poezja Słowackiego miała wielki wpływ na twórczość taty. Szacunek do słowa, którego uczyła go Jadzia – z pewnością tak. Toteż lata po ukończeniu szkoły, gdy tata wrócił do auli swojego ekonomika na swój wieczór autorski, podczas którego prezentowano jego najnowsze wiersze, nie mogło tam zabraknąć Jadzi Płoszyńskiej. Do dziś wystawiono mu wiele recenzji, ale myślę, że najważniejszą usłyszał właśnie tamtego dnia: „Wiedziałam, że będziesz pisał. Jestem dumna.”
Parę miesięcy później tata wręczał jej kwiaty po raz ostatni. Choć odeszła, wystawiła sobie pomnik ze wspomnień swoich uczniów. Ojciec nie powiedział mi tego wprost (może nawet sam o tym nie wie), ale pisząc kolejne reportaże i felietony do swojej gazety, myślał o tym co na temat jego tekstu powiedziałaby Jadzia. Skąd to przypuszczenie? Bo znam to uczucie od czasu, gdy on sprawdzał moje szkolne wypracowania przed oddaniem ich mojej polonistce. Szacunek dla słowa jest bowiem dziedziczny. Może nawet jego uśmiech, gdy oddawał mi moje kolejne wypracowania, był tym, który zobaczył wtedy po „meldunku” o odpracowanym Słowackim?
Nie wierzę już w anioła stróża z lukrowanego obrazka, który wisiał nad moim łóżkiem w mieszkaniu na osiedlu 40-lecia PRL. Nie po tym, co moi rodzice zrobili drewnianemu aniołkowi pewnego rzeźbiarza, dobierającego starannie leszczynę na jego nogi. Te skrzydlate istoty w tamtym czasie kojarzyłem z poetyckim symbolem Bieszczad. Wracając z tamtejszych połonin tuż po studiach otrzymałem telefon z propozycją mojej pierwszej pracy…
Z BIESZCZADZKIM BŁOTEM NA BUTACH DO TABLICY
Nie wierzę w anioły, ale w stróżów tak. Toteż było tylko jedno miejsce, w które mogłem się udać przed podjęciem zawodu. Nie zmyłem jeszcze bieszczadzkiego błota z butów i poszedłem odwiedzić grób pani Jadzi. Zapalając znicz nad pomnikiem osoby, której nigdy nie poznałem osobiście, a która miała tak wielki wpływ na mnie, było dla mnie ważne, by wiatr nie zdmuchnął płomienia. Pogoda była tamtego sierpniowego dnia już bardzo jesienna… udało się, nie zdmuchnęło.
Jestem nauczycielem języka polskiego.

Dodaj komentarz